15 49.0138 8.38624 1 1 7000 1 https://szamotulska.pl 300 true 0
theme-sticky-logo-alt

„Wylądowałam na lekach uspokajających”

Gorzka prawda o trudach rodzinnego życia w gminie Szamotuły

 

Mama wychowująca samotnie trójkę dzieci, zarabiająca na utrzymanie w markecie oddalonym kilkanaście kilometrów od domu. Jej codzienność to perturbacje szkolne dzieci, ciągłe myślenie o tym, jak pomóc tacie, który po przebytej chorobie nowotworowej nie może dostać się do lekarza rodzinnego i doprosić się o receptę. Do tego dochodzą napięte relacje z ponad 90-letnią apodyktyczną babcią, terroryzującą domowników.

 

– Babcia jest w świetnej kondycji, na nic nie choruje. Przez swoje złośliwe usposobienie stała się dla nas prawdziwym utrapieniem. Założyliśmy jej z tego powodu niebieską kartę – wyznaje wyczerpana  piętrzącymi się przed nią przeciwnościami losu pani Justyna.

Podczas rozmowy z mieszkanką jednej z podszamotulskich miejscowości poznajemy  gorzką prawdę o codziennych realiach życia przeciętnej rodziny w gminie Szamotuły. Dowiadujemy się o jej zmaganiach z pandemią, edukacją szkolną dzieci i pokonywaniem przepaści międzypokoleniowej.

 

Nie zdał, bo się nie logował

Najmłodszy syn pani Justyny w minionym roku nie otrzymał promocji do następnej klasy, pozostając w gronie siódmoklasistów. Pani Justyna przybliża nam między innymi sytuację panującą w szkołach z punktu widzenia rodzica i dzieci. Mówi o tym, jaką cenę trzeba zapłacić za zastępowanie standardowych metod przekazywania wiedzy metodami cyfrowymi, wirtualnymi.

Tłumaczono mi, że syn nie dostał się do następnej klasy, bo przede wszystkim chodziło o logowanie się. Wykonane zadania, wszystkie inne rzeczy, z których powinien wywiązywać się uczeń, syn wysyłał nauczycielom na bieżąco. Ale dyrektor szkoły stwierdzała, że syna nie przepuszczono do ósmej klasy, bo nie logował się codziennie. Do pani dyrektor nie trafiały argumenty, że mam trójkę dzieci i nie stać mnie na kupienie trzech laptopów. Mam komputer, który uzyskałam z gminy w ramach projektu wspierającego upowszechnianie rozwiązań cyfrowych. Córka początkowo posługiwała się telefonem, z którego się logowała. Potem dostała laptopa ze szkoły. Nauczyciele jednak nie do końca rozumieją takie sprawy. Zdarzają się niezależne od nas komplikacje polegające na tym, że na przykład nie można dostać się do Internetu z powodu przeciążeń lub innych przeszkód, na które natrafia się w sieci. W życiu tak bywa, są jakieś zawieszenia i nie możemy połączyć się z Internetem. W takich przypadkach syn miał odnotowywane, że nie był na którejś lekcji. Pewnego dnia popłakał się, bo w trakcie gdy rozpoczynały się zajęcia z danego przedmiotu, włączyły mu się aktualizacje oprogramowań w komputerze. Bywa, że sprzęt w ten sposób zadziała w nieodpowiednich momentach. Gdyby było mnie stać, kupiłabym każdemu dziecku laptopa.

 

„Mam zrezygnować z pracy i czekać aż opieka mi da?”

Już w ubiegłym roku, kiedy rozpoczęła się nauka zdalna, spotykałam się ze strony szkoły ze straszeniem, że oddadzą mnie do opieki społecznej i sądu, zgłaszając, że nie zajmuję się dziećmi. A ja przecież sama wychowuję całą trójkę, jednocześnie pracując. „Mam zrezygnować z pracy i czekać, aż opieka coś mi da?” – odpowiadałam na kierowane wobec mnie uwagi. Poza tym, kto w przyszłości zapewni mi emeryturę? Dzwoniłam do Centrum Usług Wspólnych w Szamotułach, bo chciałam przenieść syna do innej szkoły. Ale poinformowano mnie, że podlega on pod obwód swojej obecnej placówki oświatowej. Nie chciałam go tam zostawiać, bo doskonale wiem, jak tam jest.

Pracuję w markecie w Tarnowie Podgórnym. Jakoś tam nie chorujemy i sklepów nie zamykają. Nauczyciele niby są zaszczepieni, to dlaczego dzieciakom nie pozwalają chodzić do szkół? No dobrze, może jest ryzyko zakażenia się w większej placówce oświatowej. Ale klasa, do której uczęszcza mój syn, liczy chyba 6 czy 7 osób. Rozumiem,  jak w klasie jest 10 osób. W ósmej klasie jest chyba 12 uczniów. Przy takich ilościach uczniów jest się w stanie porozsadzać ich w bezpiecznych odległościach. Tym bardziej, że przez dłuższy okres żłobki i przedszkola były również otwarte. Na logikę, każdy normalny, odpowiedzialny rodzic jak widzi, że dziecko źle się czuje, to go nie puści do szkoły. Z tego, na co nas przygotowują wynika, że Covid tak czy tak zostanie z nami. Dzieci, które skończą teraz szkoły, praktycznie nic nie będą umiały. Gdzie oni znajdą pracę? Niby prowadzone są zajęcia, przekazywane są pewne informacje, ale w głowach uczniów niewiele zostaje. Wyzywam w domu, żeby wreszcie zaczęli chodzić do szkoły, skoro nauczyciele zostali zabezpieczeni. Wtedy codziennie rano byłabym spokojna o dzieci. Zwłaszcza o najmłodszego syna, powtarzającego siódmą klasę. Kiedy jestem w pracy, nie wiem do końca, czy syn sobie nie śpi, czy się loguje. Wtedy denerwuję się. A kiedy szkoła działała, byłam pewna, że najmłodszy syn wstanie i pojedzie do niej. Tymczasem nauczyciele robią problem, gdy dziecko nie zaloguje się. Tak naprawdę, kiedy słyszę jak nauczyciel próbuje coś tłumaczyć w trakcie zajęć internetowych, ja nic z tego nie rozumiem. Nie wiem więc, jak dzieci mogą coś pojąć. Nauka zazwyczaj wygląda na tej zasadzie, że pani pyta – rozumiecie? Nikt się nie odzywa. Ale na do widzenia, to wszyscy się odzywają. Słyszałam też,  kiedy najmłodszy syn uczestniczył w zdalnej lekcji, jak wychowawczyni zaczęła wyzywać jakiegoś chłopca, że jest niepoważny, bo w weekend wieczorem zawraca jej głowę.

 

Co z praktykami młodzieży?

Dziwnie też odbywają się sprawdziany w zdalnej formie. Córka podczas kartkówki z angielskiego dosłownie w trzech sekundach musiała napisać odpowiednie słówko. Córka jest w drugiej klasie technikum ekonomicznego. Rozpoczęła kształcenie za pośrednictwem Internetu jeszcze w pierwszej klasie. Efekt jest taki, że nic nie rozumie i nie umie. Mam sporo obaw, co do obecnego sposobu przekazywania wiedzy. Jak uczniowie chodzili do szkoły i czegoś nie rozumieli, był zapewniony bezpośredni kontakt z wykładowcami. To co jest teraz, to już nie to samo. Starszy syn w szkole średniej przygotowuje się do zawodu mechanika samochodowego. Na co dzień ma zwykłe zajęcia z polskiego, matematyki, geografii, biologii. Nie ma żadnego przedmiotu zawodowego. Więc umiejętności w dziedzinie mechaniki pojazdów może zdobywać tylko w ramach praktyk. Ale do 12 kwietnia dostał zakaz chodzenia na nie. Chociaż odbywa praktyki zawsze sam. Córka w marcu miała mieć miesięczne praktyki jako technik ekonomista. Obdzwoniłam wszystkie urzędy, nigdzie nie chcieli jej przyjąć, zasłaniając się pandemią. W końcu jedna ze znajomych z mojej miejscowości zaproponowała, żeby córka u niej zdobywała potrzebne jej umiejętności. Dzieciom i młodzieży w okresie przeciągającej się pandemii nazbiera się mnóstwo zaległości, których nie mają szansy sami nadrobić.

 

„Tragedia. Lekarz rodzinny nie wypisze nawet leków…”

To, na co jesteśmy teraz skazani, to tragedia. Pracownicy sklepów nie mają zapewnionej żadnej skutecznej ochrony przed wirusem. Mimo to cały czas pracują. Placówki oświatowe pozamykane, lekarze, którzy zostali zaszczepieni, nie przyjmują pacjentów, ograniczając się jedynie do teleporad. Niech jeszcze rząd zawiesi swoją działalność… Znajomi, z którymi rozmawiam, przyznają wprost, że chcą tę Polskę zrujnować.

Teraz mój ojciec powinien mieć kontrolę u lekarza, bo miał raka i usunięto mu płuco. Ale nie może dostać się na wizytę, bo nie chcą go przyjąć. Pojawiło się u niego wysokie ciśnienie w granicach 200 na 100-ileś. Więc musiał zacząć chodzić prywatnie do kardiologa. Lekarz rodzinny nie wypisze mu nawet leków, bo nie ma kartki z informacją o nich. Nie wystarczy, że powiemy, jakie leki się skończyły. Musi być potwierdzenie od lekarza prowadzącego. A lekarz, do którego ojciec chodzi prywatnie, przyjmuje tylko raz w miesiącu. Dlatego nie możemy doprosić się nawet o receptę. Medycy składali przecież przysięgę, że będą robili wszystko, by ratować ludzkie życie. Gdzie teraz się pochowali? Chodzi mi o medyków rodzinnych. Postanowiłam, że nie zaszczepię się na koronawirusa. Jak będę miała zachorować, to zachoruję. Tak naprawdę wciąż przechodzimy między ludźmi i nie wiadomo, kto jest chory, a kto nie. Zakładam, że co będzie miało być, to będzie. Sąsiadka zaszczepiła się dwa dni temu i po południu narzekała: Boże, nogi mi się trzęsą, mięśnie mnie zaczynają boleć! Całe życie będziemy w maseczkach chodzić? Mojemu ojcu, który przeszedł poważne schorzenie, jeszcze nawet nie wyznaczyli terminu szczepienia. Napomknęli w Szamotułach, że jak zwolni się miejsce, to będą dzwonić. Nie słyszałam od ubiegłego roku, żeby ktoś był przeziębiony, miał grypę. Jak tylko ktoś ma gorączkę, to jest kwalifikowany jako zakażony Covidem. Poza tym jaką chorobę przechodzi się bezobjawowo? Albo ktoś jest chory, albo nie. Nauczyciele, gdyby nie mieli płacone za nauczanie zdalne, na pewno nie zgodziliby się na zamknięcie szkół. Ale nikogo nie interesuje, ile muszą płacić za to dzieci. Zadania, które rozwiązują, sprawdziany które piszą, to przeważnie są gotowce pościągane z Internetu. Widzę, że jak nie chce się dzieciom myśleć, stosują takie wybiegi.

 

„Czasami brakuje sił”

Naprawdę, czasami na to wszystko nie ma sił. Na początku tłumaczono nam, że maseczki są niezdrowe, bo gromadzą się w nich bakterie, utrudniają też swobodne oddychanie. Potem jednak kazali nam je nosić. Pracując w sklepie co jakiś czas ściągam maseczkę, bo robi się mokra. Nigdy nie miałam krost na twarzy, a przy noszeniu maseczki powychodziły mi. I nie tylko ja to zauważyłam. Informują, że w powiecie szamotulskim jest coraz więcej zachorowań i zwiększa się ilość pacjentów w szpitalu. Ale według mnie, nie wszystkie przypadki to Covid. Przecież przy grypie też występuje osłabienie, kaszel, katar, odczuwa się bóle mięśni i duszności. W minionym roku, krótko po tym jak dzieci zaczęły chodzić od września do szkoły, u dziewczynki z klasy młodszego syna test wykazał Covid-19. Zarządzono więc dla wszystkich rodzin z klasy kwarantannę. Akurat miałam tydzień urlopu i zadzwoniłam do kierowniczki, prosząc o wydłużenie wolnego. W trakcie kwarantanny Sanepid dzwonił do wszystkich, którzy ją przechodzili. Do mnie nie. To było w październiku. Nikt nie zainteresował się, co z nami się dzieje, skoro sama wychowuję dzieci. Znajoma, która ma córkę w przedszkolu, opowiadała mi, że u jednego z chłopców również stwierdzono Covida. Ale w domu na  kwarantannie pozostało tylko dziecko. Rodzice normalnie chodzili do pracy. Przed wyborami prezydenckimi uspokajano nas, że Covid się cofnął. Potem wprowadzono obostrzenia. Teraz pozamykali też żłobki i przedszkola. Ale dla dzieci lekarzy i mundurowych nie. Można odnieść wrażenie, że jesteśmy dzieleni na kategorie lepszych i gorszych. Już nie słucham podawanych codziennie wiadomości, bo dla mnie ta telewizja po prostu kłamie. W pewnych momentach sami nie wiedzą, co mówią.

 

„Są dzieci, które naprawdę cierpią”

Dziwili się, że ludzie protestowali w sprawie ustawy antyaborcyjnej. Ale wyglądało to tak, jakby świadomie sprowokowali kobiety do upomnienia się o swoje prawa, nie dając im wyboru. Są rodziny wychowujące upośledzone dzieci z dysfunkcjami i jakoś są w stanie temu podołać. Ale jeśli kobieta czuje i wie, że nie da sobie rady po urodzeniu niepełnosprawnego potomka, to nie powinno się jej do tego zmuszać. Niektórzy emocjonalnie nie wytrzymują takiego obciążenia. Kiedy faktycznie są poważnie chore dzieci, zbierają na nie pieniądze zwykli ludzie. Gdzie jest wtedy rząd, gdzie jest opieka społeczna? Im nie wystarczy 100, 200 zł na lekarstwa. Oni potrzebują kilkaset milionów na operacje, rehabilitacje. Oddałabym chętnie to 500 plus i niech rząd faktycznie pomaga potrzebującym wsparcia. Są roczne, dwuletnie dzieci, które naprawdę cierpią – opowiada o swoim życiu  pani Justyna.

Zaznacza ona, że choć przy zajmowaniu się trójką dzieci nie jest jej lekko pracować, przekonała się, że wyjazdy z domu, kiedy przebywa wśród innych ludzi, pozwalają jej w pewien sposób oderwać się od codziennych, rodzinnych spraw i problemów.

 

Utarczki z nieznośną babcią

– Na domiar złego mam jeszcze na głowie 94-letnią babcię… Na nic nie choruje. Ale jest taka nieznośna… Sąsiedzi narzekają na nią, bo kopie sobie dziury i wyrzuca do nich różne rzeczy. Wszystkim robi na przekór. Wyremontowałam kuchnię, założyłam płytki na podłodze, a ona zaczęła mi na nich węgiel siekierą rąbać. Jak coś zrobi, zaraz jest ledwo żywa i połamana. A w rzeczywistości ma niewyczerpane siły. Jak nie zdążę popiołu wynieść, to już sypie go sąsiadom na drogę. Jej nawet koronawirus nie zaszkodzi. Bywało, że dochodziło z jej strony do rękoczynów. Kiedyś tak mnie uderzyła, że poszła mi krew z ucha. Mamy z nią prawdziwe kłopoty. Kiedyś sprawdzałam, czy może jej uciążliwe zachowanie wynika z demencji. Okazało się, że nie ma nawet miażdżycy czy cukrzycy. Babcia zawsze miała trudne usposobienie. Wmawia sobie, że musi mieć odpowiednie leki. Ostatnio kupiliśmy jej zwykłe wapno i o dziwo pomogło. Babcia wyzywa także moją córkę, że za często się myje. W pewnym momencie, po ciągłych utarczkach, wylądowałam na lekach uspokajających. Chciałam dostać się do psychiatry, bo on najlepiej wiedziałby, co się ze mną dzieje, ale nigdzie nie idzie się dodzwonić. Ktoś mnie zgłosił do opieki, że niby głodzimy babcię. Przyjechała któregoś dnia pracowniczka jednej z szamotulskich instytucji, prosząc żebym znalazła babci pielęgniarkę. Potem próbowano mi wmówić, że o takim rozwiązaniu nie wspominano. Jak był jeszcze pan Piotr, który nas odwiedzał, znający dobrze nasze problemy, bardzo nam pomagał, podpowiadał, jak sobie radzić. Ale od czasu, kiedy zmieniła się odwiedzająca nas osoba, jest zupełnie inaczej, nie potrafi nas zrozumieć.

 

O krok od depresji

Założyłam babci niebieską kartę, ale wycofano mi ją, chociaż nikt nie był ani razu sprawdzić, co się dzieje. Przez pewien okres, kiedy funkcjonowała niebieska karta, policja często do mnie dzwoniła. Potem już odpuściłam tę sprawę, bo nawet nie miałam kiedy tym się zająć i starać się o przywrócenie karty. Osobę, która w ramach usług socjalnych (jako przedstawicielka instytucji publicznej ) utrzymuje z nami kontakt, prosiłam, żeby chociaż od czasu do czasu przyjeżdżał do babci ktoś z zewnątrz i z nią porozmawiał. Kiedy ktoś nas odwiedza, babcia nagle robi się słabowita i przestaje dokazywać. A kiedy zaczyna nam broić i wyzywać nas, wszyscy zamykamy się w pokojach i w ogóle nie wychodzimy. Wolimy zejść jej z drogi. Ja też nie odzywam się do babci. Ojciec chce mi pomóc, przychodzi niekiedy, żeby rozładować atmosferę podczas scysji z babcią. Ale zaraz się denerwuje, ciśnienie skacze mu do 300. I tak to się kończy, bo też nie daje rady. Niewiele brakowało, żebym przez te przeżycia wpadła w depresję. Bo wszystko się kumuluje. Zamknięte szkoły, pretensje, że dziecko się nie loguje i trzeba je pilnować. Straszenie kuratorem, bo źle się dzieje. Chyba praca uratowała mnie przed załamaniem nerwowym – kończy swą opowieść pani Justyna.

Poprzedni
Następny