
Jak się okazuje, łączą nas nie tylko mosty
W miniony wtorek byliśmy już w domu. Wojna w Ukrainie nie jest dobrym czasem na uprawianie turystyki. Ruszyliśmy w piątek 8 maja. Późnym wieczorem 11 maja 2026 roku wjechaliśmy do Szamotuł. Nie lubię rutyny i uporządkowanego świata. Tym razem wszystko mi się w Szamotułach podobało. Zamknięte rogatki, ażurowy jaz na Jeziórku i intensywny ruch na ulicy Wojska Polskiego. Nie ma to jak w domu.
Podróż do Sambora odbywała się utartym szklakiem: Poznań, Wrocław, Katowice, Kraków, Rzeszów i Ustrzyki Dolne, miasto rodzinne ostrej punkowej kapeli KSU. Wyjechaliśmy około 9.00 rano. W kabinie ciężarówki Iveco z firmy „Schody Trąbczyński” znaleźli się Maciej Trąbczyński, Michał Trąbczyński i moja skromna osoba. Podróż do Ustrzyk Dolnych trwa z reguły około 12 godzin. W Ustrzykach kupuję „Gazetę Bieszczadzką”, w której redaktorzy nie mają litości dla turystów-chuliganów śmiecących na bieszczadzkich szlakach i żadnego pardonu dla szpitala w Lesku, który należy do najbardziej zadłużonych szpitali w Polsce. Dług wynosi około 100 milionów złotych. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie pensja pana dyrektora, który rocznie zarabia milion złotych.
W sobotę rano, 9 maja, meldujemy się na granicy w Krościenku. Odprawa trwa około półtorej godziny. Wielkie wrażenie robią na nas postępy w dziedzinie cyfryzacji Urzędu Celnego. Jednym słowem podajesz dokumenty celne, otrzymujesz cyfrowy klucz do bramki i nagle meldujesz się po ukraińskiej stronie. Tam też wszystko przebiega sprawnie.
Do Sambora zmierzamy starym tatarskim szlakiem: Krościenko – Chyrów – Strzałkowice – Sambor. Przypomnę tylko, że w 1241 roku Tatarzy wjechali na ziemie polskie według troszkę innej kolejności Stary Sambor – Krościenko – Przemyśl – Jarosław – Legnica (Dobre Pole).
Do Sambora docieramy około godziny 12.00 ukraińskiego czasu. U nas mamy godzinę 11.00. Z umówionego na rogatkach Sambora miejsca zabiera nas ukraiński przyjaciel Andrij Bobak, szef przychodni rehabilitacyjno-pediatrycznej. Pół godziny później stajemy najpierw przed szpitalnymi magazynami, gdzie zostawiamy m.in. elektryczne wózki inwalidzkie i specjalistyczne łóżka szpitalne. Potem udajemy się do szpitala w Samborze, który od trzech lat sprzęt medyczny otrzymuje od SP ZOS Szamotuły i Fundacji O2. Przypomnę tylko, że powiat szamotulski od lat współpracuje z rejonem samborskim.
Po rozładunku jedziemy obejrzeć most Heinricha Gerbera. Most Gerbera odkryliśmy w Samborze podczas naszego ostatniego pobytu na Ukrainie. Przypomnę tylko, że według rozwiązań konstrukcyjnych Gerbera, zbudowano także most nad Wartą w okolicach Brączewa i Stobnicy. Jak się okazuje, łączą nas nie tylko mosty.
Śpimy w hotelu Imperial, w którym w 1916 roku spał autor powieści o „dobrym wojaku Szwejku”. Mam tu na myśli rzecz jasna Jarosława Haszka. Nie dziwota zatem, że przed hotelem stoi gipsowa figura Szwejka, który dumnie spogląda na „Sambirski rynok”. Mimo, że w ostatnich czterech latach 21 razy przejeżdżaliśmy przez Chyrów (Hiriv), nigdy z braku czasu nie wjechaliśmy do jego centrum, gdzie znajduje się legendarny chyrowski dworzec, w którym „dobry wojak Szwejk raczył się chyrowskim piwem”.
W niedzielę ruszamy do Lwowa… na Łyczaków. Towarzyszy nam Andrij Bobak. Naszym celem jest cmentarz Obrońców Lwowa. Cmentarz „Orląt”. Na cmentarzu Obrońców Lwowa składamy wiązankę kwiatów. Mimo, że różne myśli tłukły się nam po głowie, bez zbędnych politycznych komentarzy udajemy się na cmentarz ukraiński, na którym pochowano żołnierzy poległych na wojnie z Putinem. Widok żółto-niebieskich, czerwonych i brunatnych flag powiewających nad tysiącami mogił był bardzo przygnębiający. Po raz kolejny aktualny staje się koncept Jarosława Hrycaka, że o wojnie w Ukrainie najwięcej dowiadujemy się z „(…) mogił rozrzuconych po cmentarzach Lwowa, Kijowa, Łucka, Sambora, Tarnopola etc. etc.”
Odwiedzamy także centrum Lwowa. Lwów w słońcu jest piękny. Lwów pełen ludzi spacerujących po lwowskim rynku i uliczkach lwowskiego starego miasta daje nam nadzieję na lepszą przyszłość dla Polski i Ukrainy. Ale, czy to się uda? W drodze powrotnej na przedmieściach Lwowa oglądamy zniszczoną polską fabrykę, w którą uderzył pocisk putinowski „Kalibr”. Wieczorem stajemy znowu na granicy. Wracamy do domu.
Waldemar Górny




















