15 49.0138 8.38624 1 1 7000 1 https://szamotulska.pl 300 true 0
theme-sticky-logo-alt

Rozmowa z Jackiem Szczepanikiem, nadleśniczym Nadleśnictwa Oborniki

Po inwazji strzygoni chojnówki

„Dlaczego tniemy drzewa? Dlatego, że ludzie potrzebują drewna”

 

Lasy to jedne z najcenniejszych elementów naszego środowiska przyrodniczego. Są niezbędne do zachowania różnorodności biologicznej, utrzymania zasobów wodnych, łagodzą zmiany klimatyczne. W ostatnim czasie rozgorzała ostra dyskusja na temat kierunków zarządzania zasobami leśnymi. Ekolodzy zarzucają leśnikom nadmierne cięcia drzewostanów, traktowanie lasów jak przedsiębiorstwo, zarabianie kosztem niszczenia wspólnego dobra.

O lasach, gospodarce leśnej i programie Lasów Państwowych „Zanocuj w lesie” rozmawiamy z Jackiem Szczepanikiem, nadleśniczym Nadleśnictwa Oborniki.

 

Kto zagraża polskim lasom? Leśnicy! – tak twierdzą ekolodzy. Co pan na to?

Mam świadomość, że jako leśnicy jesteśmy teraz stawiani pod ścianą. Nigdy nie uciekam od odpowiadania na zarzuty, które bardziej traktuję jako wyraz dobrej woli. To może dziwić, ale uważam, że trzeba rozmawiać z każdym. Pracujemy za publiczne pieniądze i przede wszystkim mamy pod opieką wspólne dobro – lasy.

Odpowiedzmy na pytanie, jaką alternatywę do tego co robią leśnicy, mają ekolodzy? Niektóre środowiska proponują nie zajmować się lasami w ogóle, tylko zostawić je w całości przyrodzie. I z całą pewnością coś tam będzie rosło. Tylko, że człowiek już tak głęboko zaingerował w środowisko, w tym leśne, że całkowita rezygnacja z produkcji drewna nie jest możliwa. Podstawową zasadą, którą kieruje się leśnik, jest zasada trwałości lasu. To znaczy utrzymywania na  danym terenie powierzchni leśnej w sposób ciągły. Wszyscy korzystamy na co dzień z drewna. Może to być sosna, dąb czy buk, może być to drewno orientalne. I jest to w dalszym ciągu drewno, które mamy z wyciętych drzew. Dlatego z pewnym zdumieniem obserwuję w ostatnich miesiącach zjawisko kwestionowania wycinania drzew.

No właśnie. Mieszkańcy okolic Wronek, Obornik, zastanawiają się, dlaczego wycinacie tak duże połacie Puszczy Noteckiej? „Jak się tak rozejrzeć dokładnie, to przerażenie bierze, w takim tempie lasy znikają” – żali się na profilu fejsbukowym waszego nadleśnictwa pani Justyna Głowicka-Neumann.

Puszcza Notecka została sto lat temu wycięta prawie że w pień, ze względu na wystąpienie niemożliwego wtedy do opanowania w inny sposób szkodnika – strzygoni choinówki. Gradacja strzygoni spowodowała wylesienie Puszczy Noteckiej na ogromnych obszarach. W krótkim okresie, zaledwie kilkunastu lat, odnowiono cały obszar uzyskując jednorodne drzewostany sosnowe. To zrobili leśnicy. Odnowiono to różnymi sposobami – wysiewając nasiona i sadząc sadzonki. To robili leśnicy. W tamtych czasach reguły wymagały sadzenia od 16 do 18 tysięcy sadzonek na jednym hektarze. Obecnie sadzimy około 10 tysięcy sadzonek na hektarze, czyli blisko połowę mniej. W drzewostanie stuletnim, jeśli robimy zrąb, tych drzew jest teraz tylko kilkaset. I bez względu na to, czy leśnik i drwal wytną te drzewa w ciągu tych stu lat, czy też nie, to na tej powierzchni urośnie tylko te kilkaset drzew. One osiągnęły właśnie optymalny wiek rębny i trzeba je wyciąć. Działanie leśników przez ostatnie 200 lat polegało na takim modelowaniu lasów, żeby drewno było dostępne. Dlaczego tniemy drzewa? Dlatego, że ludzie potrzebują drewna. Każdego dnia. I każdego dnia planujemy, jak te lasy odnawiać. To jest element naszej odpowiedzialności. Jakbyśmy tych drzew nie wycięli, to nie oznacza, że mielibyśmy tu Puszczę Białowieską. Wydajemy rocznie kilkadziesiąt tysięcy złotych na usuwanie drzew zagrażających budynkom, drogom, choćby po to, aby wóz strażacki mógł dojechać do pożaru na czas. W Puszczy Noteckiej największymi zagrożeniami są właśnie pożary – ze względu na susze oraz gradacje owadów – ze względu na słabość siedlisk. Przypomnę tu największy pożar puszczy, jaki miał miejsce 29 lat temu w Nadleśnictwie Potrzebowice. Spłonęło wówczas około 7 tysięcy hektarów lasu. Dlatego musimy z jednej strony dbać o bezpieczeństwo szeroko rozumiane – przyrodnicze, a z drugiej zaspokoić potrzeby społeczne, w tym zasilić gospodarkę w drewno. Na naszym terenie działa wiele firm, które przerabiają drewno, dając pracę mieszkańcom.

Wasi przeciwnicy zarzucają wam, że traktujecie lasy jak przedsiębiorstwo, że zarabiacie kosztem niszczenia wspólnego dobra. „Stop dewastacji! Czas na ochronę” – głosił baner zawieszony w ubiegłym roku na gmachu ministerstwa środowiska przez Greenpeace. No więc – biznes czy ochrona?

Na świecie dominują dwa sposoby ochrony: aktywny i bierny. Takim świetnym przykładem biernej ochrony przyrody jest Las Bawarski w Niemczech. Wystąpiła tam, na obszarze kilkuset hektarów, gradacja kornika drukarza. Uznano pod naporem organizacji ekologicznych, że las sam się obroni, bo on jest naturalny, wielusetletni. Nic takiego nie nastąpiło. Las wysechł. Po czym wycięto kilkaset hektarów martwego drzewostanu, aby ratować drzewostany sąsiednie. Podobny przypadek mieliśmy wiele lat temu podczas wystąpienia gradacji brudnicy mniszki na terenie Polski. Lasy przystąpiły wówczas do aktywnego zwalczania brudnicy opryskami i drzewostany uratowano.

Tymczasem na terenie Wielkopolskiego Parku Narodowego oprysków nie stosowano i niestety drzewostany mocno ucierpiały. W konsekwencji musiał zostać w wielu miejscach wycięty starodrzew sosnowy, dla którego między innymi ten park utworzono. Drzewa zostały usunięte, bo nie dały rady się obronić bez aktywnego zwalczania szkodnika chemią. Dlatego największym polem sporu jest dziś to czy ciąć, czy nie ciąć drzewostanów. Z punktu widzenia klimatu trzeba mieć świadomość tego, że wycięcie drzewa nie oznacza automatycznego powrotu CO2 do obiegu. Ilość węgla w przyrodzie jest stała. Drewno, które my pozyskujemy, o ile nie zostanie spalone, to węgiel pochłonięty przez drzewa ma szansę w nim pozostać. W przeciwieństwie do niewyciętego drzewa, które uschnie i się rozłoży. Uwolnienie zgromadzonego w nim dwutlenku węgla nastąpi w ciągu około 10 lat.

Problemem, który niechętnie jest podnoszony przez zwolenników biernej ochrony przyrody jest fakt, że drewno jest nam generalnie potrzebne. Drewno ma ponad 30 tysięcy zastosowań. W związku z tym, jeśli zabraknie na rynku naszego, krajowego drewna, to drzewa będą musiały być wycięte gdzieś indziej. Najczęściej w strefach, gdzie nie obowiązują żadne reguły gospodarowania lasami, a to one są najcenniejsze w związku z walką ze zmianami klimatu i ochroną różnorodności biologicznej. Miejsce naszego drewna zajmie surowiec, który przypłynie z innych stron świata, zostawiając gigantyczny ślad węglowy. Gospodarka leśna Europy jest najbardziej sprzyjająca przyrodzie. W krajach dawnego ZSRR, Azji, czy strefy zwrotnikowej, tam nikt się nie przejmuje działaniami proekologicznymi, bo tam liczy się tylko zysk.

 

Nie tylko Greenpeace w nienajlepszym świetle przedstawia funkcjonowanie  Lasów Państwowych, także szamotulski myśliwy i miłośnik cichego lasu Andrzej Jęczmyk. Na naszych łamach pan Andrzej przedstawił swoje uwagi dotyczące programu „Zanocuj w lesie”, ale i szerzej zrecenzował pracę Nadleśnictwa Oborniki. Lista zarzutów jest długa.

Jeszcze dłuższa jest lista korzyści, które mają ci, którzy korzystają z bushcraftu, czyli śpią legalnie w lesie w ramach projektu, o którym pan mówi. „Zanocuj w lesie” najpierw przez jeden sezon był prowadzony jako pilotaż, w ramach Leśnych Kompleksów Promocyjnych, do których należy Nadleśnictwo Oborniki (LKP Puszcza Notecka). W ramach pilotażu należało rozpoznać skalę zainteresowania biwakowaniem w lesie na dziko oraz sposoby przeprowadzenia projektu i ewentualne zagrożenia. Dzięki temu projektowi Lasy Państwowe dają wszystkim chętnym konkretną korzyść: spędzenia nocy w lesie, wynikających z tego emocji, poczucia bliskości natury, a dzieciom i młodzieży jedyną w swoim rodzaju lekcję przyrody i szacunku do niej.

I tu pierwszy zarzut stawiany przez Andrzeja Jęczmyka: dlaczego pominięto myśliwych przy konstruowaniu projektu? Jest to wprawdzie pytanie adresowane głównie do Dyrekcji Generalnej Lasów Państwowych, ale myślę, że na poziomie nadleśnictwa jakaś forma konsultacji z kołami łowieckimi byłaby mile widziana.

Pilotaż nie był skonstruowany przeciwko komuś, był skonstruowany dla wszystkich. Ponieważ my nie różnicujemy użytkowników lasów na poszczególne grupy społeczne, a zjawisko survivalu i bushcraftu, zjawisko realizowania potrzeb dosyć mocno już zurbanizowanego społeczeństwa, było obserwowane przez nas sporadycznie w lasach w wielu miejscach, dyrekcja generalna postanowiła to zjawisko na początek zdiagnozować, a potem  sprofesjonalizować. Na etapie organizowania obszarów dla amatorów nocowania w lesie dokonaliśmy szczegółowej analizy, dającej szersze spojrzenie na sytuację. Zwracałem uwagę na zaplecze, na infrastrukturę turystyczną. Rejon Obrzycka, a więc leśnictwo Daniele i Żurawiniec, mają tę infrastrukturę: wigwam, ścieżkę edukacyjną. Dlatego wybraliśmy taki kierunek. Patrząc przez pryzmat interesów kół łowieckich, to gdziekolwiek byśmy nie wskazali terenów dla survivalu, to można by zapytać – a dlaczego tutaj? Takie były wytyczne, pewne ramy, którymi się kierowaliśmy ustalając obszar dla projektu „Zanocuj w lesie”. Ten fragment naszego nadleśnictwa – od Koźmina, poprzez Obrzycko, Daniele, Kobylniki, Sycyn po Ruks Młyn – spełniał założenia. Natomiast w żaden sposób nie gwarantujemy żadnemu z naszych wielu współużytkowników lasu wyłączności na działalność. Także kołom łowieckim.

Myśliwi mówią: my płacimy opłaty dzierżawne, prowadzimy gospodarkę łowiecką, a inni nie płacą i nam przeszkadzają. Andrzej Jęczmyk wręcz domaga się „finansowej rekompensaty za utracone wpływy powstałe z wadliwej prawnie decyzji nadleśniczego”.

Problem jest taki, że w umowie dzierżawy koła łowieckie nie mają  zagwarantowanej wyłączności na działalność stricte łowiecką. To, że społeczeństwo korzysta z lasu, jest immanentną częścią realizowania uprawnień właścicielskich. Chociaż formalnie to Skarb Państwa reprezentuje w tym przypadku właściciela, jednak lasy są naszą wspólną własnością i bez względu na to, czy jesteśmy myśliwymi, wędkarzami, czy mamy ambiwalentny stosunek do korzystania z dobrodziejstw przyrody, za każdym razem każdy obywatel ma prawo korzystać z lasu. Są rzecz jasna pewne warunki brzegowe, czasem wstęp do lasu jest utrudniony, na przykład na teren ostoi zwierzyny, w czasie oprysków, suszy i zagrożenia pożarowego. Według mnie na tym terenie w żaden sposób łowiectwo nie jest zagrożone. Nasze doświadczenia wskazują, iż program „Zanocuj w lesie” został odebrany bardzo dobrze, nie ma masowych biwakowisk, zaśmiecania lasu, ani zagrożenia pożarami. Pana Andrzeja Jęczmyka zachęcam, żeby skorzystał z tego programu.

Koło Łowieckie „Daniel” w Szamotułach wskazuje, iż to głównie w jego granicach wyznaczono tereny dla aktywności bushcraftowców. Myśliwi pytają, czy nie można by wyznaczać rotacyjnie obszarów do biwakowania na dziko w obrębie całego nadleśnictwa?

Znamy reguły funkcjonowania tego programu w całych Lasach Państwowych. Obszar objęty programem „Zanocuj w lesie” ma być stabilny, jeśli chodzi o granice. Ta stabilność obszarów jest podyktowana często sporadycznością pobytów turystów. Jeśli wskazujemy teren do uprawiania bushcraftu, to korzystający z takiej formy rekreacji jest zobowiązany do każdorazowego sprawdzania, czy aby nie zmieniły się reguły pobytu, albo czy nie ma na tym terenie zaplanowanych polowań zbiorowych, albo czy nie są prowadzone prace leśne. Zmiany granic wprowadzałyby zamieszanie i wśród bushcraftowców, i wśród innych użytkowników lasu. Szacujemy, że w okresie pilotażu z programu „Zanocuj w lesie” skorzystało kilkaset osób. Część legalnie, a część pewnie nielegalnie. W każdym razie przesadą jest przypisywanie przez myśliwych na przykład zaśmiecania lasu tylko bushcrftowcom i survivalowcom, czy łączenia naszego programu z wyczynami crossowców i quadowców, które – żeby była jasność – zdecydowanie potępiamy.

Andrzej Jęczmyk, ale i Łukasz Heckert, podłowczy koła „Daniel”, zwracają uwagę na kwestie bezpieczeństwa. W nocy trudno myśliwemu dostrzec nocującego w lesie turystę. „Nie wiem, czy ktoś nie chowa się za krzakami, czy nie śpi tam w namiocie albo pod drzewkiem” – mówi Heckert. Dostrzega pan konflikt interesów?

W niektórych krajach, na przykład w Danii, w lasach ludziom nie wolno pojawiać się od zmierzchu do świtu. Ale mogą tam w nocy polować myśliwi. W większości krajów nie ma takiego rozwiązania. Dla wielu grup, na przykład ornitologów, pora nocna, to pora aktywności. Dodajmy do tego harcerzy z nocnymi podchodami. Nie widzę powodów, aby jakimkolwiek innym grupom,  czy osobom indywidualnym zabronić korzystania z lasu. Jeśli chodzi o kwestię bezpieczeństwa po stronie myśliwych, a sam jestem myśliwym, naczelną zasadą korzystania z tej formy rekreacji i hobby jest rozpoznanie celu, do którego się strzela. I nie tylko celu, ale i terenu wokół celu. Dlatego nie wyobrażam sobie, żeby odpowiedzialny myśliwy postępował inaczej i strzelał w sposób, który mógłby stanowić zagrożenie.

A może nadleśnictwo rozważyłoby wprowadzenie mechanizmów informowania kół łowieckich o grupach biwakujących na dziko?

Od początku funkcjonowania pilotażu, natychmiast po pojawieniu się zgłoszeń, informujemy wszystkie koła o pobytach turystów w określonym czasie. Nie ma natomiast wymagań, aby miłośnicy biwakowania na dziko precyzowali dokładnie lokalizację miejsc nocowania. Pilotaż nakładał obowiązek zgłaszania się do nadleśnictwa nawet pojedynczej osoby. Obowiązujące w tej chwili reguły wymagają zgłoszenia pobytu od grup powyżej 9 osób oraz nocujących powyżej 2 dni w jednym miejscu. O tych większych grupach, podlegających zgłoszeniu, za każdym razem w dalszym ciągu będziemy koła informowali, tak jak robiliśmy to dotąd.

Nie obawia się pan, podobnie jak Andrzej Jęczmyk, że miłośnicy survivalu i bushcraftu las zadepczą, zaśmiecą, a może i spalą?

Ja widzę pozytywne efekty tego programu. W całym kraju każde z 429 nadleśnictw wyznaczyło obszary do bushcraftu. Każdy z uczestników dowiaduje się jakie są zasady. Proszę wpisać na Facebooku  #zabierz5zlasu i przeczytać, ile śmieci zabierają ludzie z lasu i jak ci, którzy korzystają z nocowania w lasach,  dbają o nie. Wolę widzieć to co dobre i pożyteczne.

No tak, wszystko to ładnie i pięknie wygląda, ale… Ale pan Jęczmyk wskazuje na „wigwam, w którym odbywają się  huczne i głośne, zakrapiane alkoholem imprezy ekologiczne” oraz „kolumny dumnych motocrossowców rozjeżdżających wszystko, co natrafią po drodze”.

Nie znam przypadku hucznych i głośnych imprez w wigwamie w Danielach, o których pisze pan Jęczmyk. Wigwam stoi w sąsiedztwie leśniczówki i leśniczy dałby nam sygnał o skargach na takie zjawiska. Natomiast oceniać i zanegować można wszystko. To pewnie jest indywidualna ocena jednego z myśliwych, że w Danielach są huczne i głośne imprezy. Nie mamy wpływu na to, jaki sposób użytkowania wigwamu jest preferowany, natomiast regulamin zabrania działań mających negatywny wpływ na sąsiedztwo przyrodnicze. Ja jestem nadleśniczym w Obornikach prawie 5 lat i nie trafiła do mnie w tym okresie skarga na sposób użytkowania wigwamu. Niemniej mam świadomość, że niejednokrotnie użytkownicy lasu przekraczają zakres normalnego funkcjonowania w społeczeństwie. Znajdujemy miejsca – i nie umiem tego przypisać ani myśliwym, ani crossowcom, ani żadnej innej grupie – z butelkami po alkoholu. I bardzo mnie to martwi. Ale jestem przekonany, że korzystający z programu „Zanocuj w lesie” nie spowodowali żadnych negatywnych zjawisk. I, mimo wnikliwej obserwacji tych terenów przez służby leśne, nie znaleźliśmy negatywnych skutków pobytu turystów. Staramy się zapewnić im swobodę. Z kolei osoby rozjeżdżające tereny leśne motocyklami czy quadami są karane mandatami przez Straż Leśną. Nie ma przyzwolenia nadleśnictwa na takie zjawiska.

Nie tylko Andrzej Jęczmyk zwraca uwagę na problem zagrożenia Jeziora Sycyńskiego, ostoi ptactwa i wszelkiej zwierzyny, ze strony amatorów budownictwa rekreacyjnego. „Czy aby nie jest tam tak, jak z zamkiem w Stobnicy?” – pyta pan Andrzej.

Nasze tereny na pewno nie będą zabudowane. To nie my decydujemy o przeznaczeniu terenów pod budownictwo, to leży w gestii samorządu. Jeśli tylko mamy możliwość wyrażenia opinii przy zmianie planu zagospodarowania przestrzennego, to wyrażamy opinię negatywną. Oczywiście, jeżeli taka zmiana miałaby negatywnie oddziaływać na przyrodę.

Na koniec chciałbym zwrócić uwagę wszystkim, którzy korzystają z lasów na naszym terenie, że w Nadleśnictwie Oborniki pracuje 59 osób, które robią to z odpowiedzialnością, przejęciem i poczuciem, że robią coś ważnego dla wszystkich.

Rozmawiał

Marek Libera

Tak wyglądała Puszcza Notecka po gradacji strzygoni (sówki) choinówki przed stu laty. Na zdjęciu: odnowiona powierzchnia leśna, okolice Bucharzewa, rok 1930

 

Poprzedni
Następny